Start Norstygowie Historia
Norstygowie - przybycie PDF Drukuj Email
Wpisany przez Elg`cahlxukuth   
wtorek, 03 marca 2015 12:18


Dzień cieszył oczy swym zimnym i surowym pięknem. Jasne słońce odbijało się od śniegu, który zaległ na nabrzeżu przed nimi. Cała wyspa zdawała się być pokryta grubą warstwą tej gęstej białej masy. Delikatny wiatr wznosił drobiny mroźnego pyłu, którymi szczypał w odsłonięte policzki. Z głębi lądu, wyniosły górski szczyt lśnił odbitymi promieniami.                         
Bedwyr wciągnął w siebie mroźne powietrze, przyjemnie drażniące wnętrze jego ciała. Podziwiał panoramę wyspy w oczekiwaniu na opuszczenie szalup, które miały zabrać ich do tej nieznanej krainy. Czuł jak radość miesza się w nim z ekscytacją. Sam widok był wyzwalający, młody wódz czuł, że jeszcze nigdy nie było mu tak lekko.

***

Rozładunek szedł sprawnie, wszyscy chcieli wykorzystać moment dobrej pogody, aby rozstawić namioty, niezbędne do przetrwania mroźnej nocy. Część mężczyzn wyruszyła w stronę pobliskiego zagajnika po drewno na opał.
Po wydaniu kilku poleceń i upewniwszy się, że zakładanie obozu idzie bez przeszkód, Bedwyr posłał po swoich zaufanych wojowników. Wkrótce zebrali się wokół długiej ławy, ustawionej wewnątrz prowizorycznego namiotu. Wódz zmierzył twardym spojrzeniem pięciu mężczyzn.
– Musimy mieć pewność, że póki co nic nam tutaj nie zagraża. Arbnor, zajmiesz się wartami. Suriya – spojrzał na jedynego mężczyznę, który zamiast ciężkiego oręża miał przełożony przez plecy łuk – zbierz kilku ludzi i pójdźcie zbadać okolicę.
– Niedługo będzie zmierzchać, wodzu – odparł łowca. – Zdaje się, że dzień jest tutaj znacznie krótszy niż u nas. Rozsądniej będzie poczekać na wieści od tych co poszli po drewno, natomiast zwiad zrobić jutro o świcie.
Nastąpiła chwila ciszy, w której oczekiwano na decyzję wodza. Niekiedy trudno było przewidzieć, w jaki sposób zachowa się przywódca.
– A więc dobrze, tak zróbmy – odezwał się w końcu. – Miejmy nadzieję, że na razie warty wystarczą. Ktoś chce coś powiedzieć?
Nikt się nie odezwał.
– Dobrze, to wszystko, możecie iść.
Wojownicy zaczęli kolejno wychodzić na zewnątrz. Ostatni był Arbnor, Bedwyr złapał go za ramię, bardzo skracając dystans.
– Co uważasz? – spytał, dalej kurczowo trzymając ramię wojownika.
Arbnor spojrzał w oczy Bedwyrowi, ich twarze były tuż przy sobie.
– Wygląda na to, że dotarliśmy… – powiedział po chwili wahania.
– Czuję siłę tkwiącą w tej krainie. – Wódz nie mógł się powstrzymać. – Jestem gotów, aby uczynić ten klan najpotężniejszym w historii naszego ludu! – Wywrócił niespokojnymi oczami ku górze, po czym utkwił je spowrotem w Arbnorze ze zdwojoną siłą. Wyglądał jakby miał go zaraz połknąć.
– Arbnorze, musisz mi pomóc, bardzo na ciebie liczę.
Arbnor spuścił wzrok, nie mogąc ukryć zmęczenia.
– Postaram się nie zawieść – powiedział spokojnie, po czym wyszedł.

***

Grupa, która ruszyła do zagajnika po drewno, powróciła długo po zmroku. Byli bardzo poruszeni. Pozbywszy się ciężkiego ładunku, skierowali swoje kroki prosto do namiotu wodza.
– Jakie wieści? – spytał zaniepokojony Bedwyr, gdy wywołali go na zewnątrz.
– Wybacz wodzu, lecz przynosimy ważne wieści! –  oznajmił jeden z nich.
– Kiedy wracaliśmy do obozu, daleko na południe stąd zobaczyliśmy trzy paleniska.
Dłoń wodza zacisnęła się mocniej na rękojeści miecza.
– Czy widzieliście tych, którzy je rozpalili?
– Tylko jakieś dziwne sylwetki. Przez mrok i odległość ciężko było cokolwiek dostrzec.
– Dobrze... – odparł Bedwyr. – Teraz już idźcie, jutro dowiemy się, co to za jedni.

***

Następnego dnia rano Suriya i jego zwiadowcy zameldowali się przed namiotem przywódcy.
– Jesteśmy gotowi do wymarszu, wodzu – zgłosił Suriya.
– Wiecie o tym, co zobaczyli ludzie podczas zbierania drewna? – spytał Bedwyr. Nie patrzył na łowcę, zbyt zajęty oporządzaniem sakw przy swoim koniu.
– Owszem, dlatego wpierw zamierzamy udać się na południe, aby zbadać tę sprawę. Dopie…
–Nie ma takiej potrzeby –– przerwał mu ostro wódz. – Sam to załatwię, tak będzie lepiej. Wy zacznijcie od zachodu i zbadajcie przede wszystkim tereny od strony morza.
Suriya poczuł narastającą w nim złość. Był pewny, że to on będzie odpowiedzialny za wykonanie zwiadu. Nie uważał za rozważne, aby wódz osobiście zajmował się takimi rzeczami. Ostatecznie, nie można przewidzieć, na co natkną się po drodze.
– Czy to na pewno rozsądne? – spytał po chwili wahania.
Bedwyr podszedł i stanął tuż przy nim.
– Pozwól, że to ja będę decydować o tym, co jest, a co nie jest rozsądne, dobrze? – W jego głosie kryła się groźba.
Łowca wytrzymał spojrzenie, ale nie odpowiedział. Wódz wrócił do konia. Dosiadłszy wierzchowca, raz jeszcze spojrzał na przywódcę zwiadowców.
– Nie zapominaj kto jest tutaj wodzem, Suriyo. Wolałbym, żebyś zamiast kwestionować moje decyzje, rozumiał jak bardzo jesteś nam potrzebny. Nie marnujcie więcej czasu, ruszajcie.

***

Kilka chwil później, Bedwyr wraz z Arbnorem i jeszcze dwoma wojownikami ruszyli kłusem w mroźną przestrzeń doliny. Pogoda nie była tak przychylna jak wczoraj – ciężkie chmury pokrywały całe niebo, a wszystko przenikała nieprzyjazna szarzyzna. Szybkie tempo sprawiło, że pobliskie góry prędko ukazały swe rzeczywiste rozmiary, a grzbiety wzgórz przesłoniły okolicę. Wkrótce wojownicy zmuszeni byli do wolniejszej jazdy pośród stoków i niecek.
Gdy wznosili się na kolejne wzniesienie, do ich uszu dotarło meczenie oraz pobrzękiwanie blaszanych dzwonków. Wstrzymali konie i stali tak chwilę nasłuchując. W końcu Bedwyr dał znak, aby ruszyli powoli za nim. Cała czwórka dobyła broni. W miarę jak zbliżali się do szczytu, odgłosy stawały się coraz wyraźniejsze. Wtem, zza krawędzi trawiastego grzbietu wyskoczyła ku nim górska kozica. Wojownicy zerwali się i odruchowo unieśli broń, lecz zwierze w ogóle nie zwróciło na nich uwagi. Ruszyli więc dalej, ale nie przejechali nawet kilku metrów, kiedy W ślad za kozicą, znad szczytu wzniesienia wychynęła wielka jednooka głowa o ludzkiej twarzy, a następnie równie gigantyczna sylwetka. Ziemia zadudniła głucho pod stopami wyrastającego przed nimi olbrzyma. Bedwyr i pozostali zamarli. Stwór był trzykrotnej wielkości nawet najwyższego z nich i natychmiast spostrzegł ich obecność. Zastygł w pół kroku. Przez moment żadna ze stron ani drgnęła. Wielkolud sprawiał wrażenie równie zdumionego co oni. Stał i przypatrywał im się w milczeniu.
Bedwyr zaryzykował i wysunął się na przód.                     
– Witaj, kimkolwiek jesteś! – Odruchowo uniósł głos wobec g��rującego nad nim olbrzyma. – Moje imię to Bedwyr, jestem wodzem Norstygów! Przybyliśmy tutaj z odległej krainy! Czy to ty rozpaliłeś tej nocy paleniska, które widzieliśmy z naszego obozu?
Stwór patrzył na niego zaintrygowany, ewidentnie nie rozumiał ani słowa. Wydał z siebie kilka gardłowych pomruków i znów zamilkł, wgapiony w nieznajomych. Jeźdźcy nie wiedzieli jak zareagować. Wreszcie huknął na kozicę, która w podskokach wróciła na drugą stronę wzgórza, po czym wycelował w nich wielkim jak bela paluchem i zamachał szeroką dłonią, dając do zrozumienia aby szli za nim. Wojownicy spojrzeli po sobie, a następnie utkwili wzrok w Bedwyrze. Młody wódz spojrzał na nich i bez słowa ruszył za oddalającym się olbrzymem.

***

Idąc za wielkoludem, trafili do obozu jego równie wielkich pobratymców. Większość wyglądała jak ich jednooki przewodnik, lecz między nimi spostrzegli też atletyczne sylwetki gigantów o dwóch oczach i dostojnych surowych twarzach. Zanim zadecydowali co robić, zaprowadzono ich przed oblicze jednego z nich, najwyraźniej przywódcy. Siedział przed nimi na wielkim głazie, przytłaczając swoim tytanicznym ciałem. Jego błękitne oczy, chociaż pozbawione wrogości czy chłodu, przeszywały na wylot. Wódz Norstygów poczuł niepokój, było jasne, że ten przed którym stoi różni się od pozostałych. Tytan odprawił pastucha, używając jego gardłowego języka, natomiast do nich przemówił, posłużywszy się jeszcze inną. Brzmiała zdecydowanie bardziej ludzko niż język olbrzymów, ale Bedwyr wciąż nie był w stanie niczego zrozumieć. Stał więc dalej bez słowa, co wyraźnie poruszyło olbrzyma. Wielkolud milczał jakiś czas i przyglądał się małemu wodzowi. Wreszcie zamknął oczy i wymruczał kolejne niezrozumiałe sylaby. Moment później Bedwyr poczuł, jakby ktoś przeniknął do jego umysłu. Cofnął się, zmieszany, nie rozumiejąc co się dzieje.
– Spokojnie, młody wodzu – gigant przemówił doń po stygijsku. – To tylko magia, dzięki której będziemy mogli zrozumieć siebie nawzajem.
– Rzuciłeś na mnie urok?! – Bedwyr miał wrażenie, jakby złapano go w pułapkę.
– To jedyny sposób, abyśmy mogli porozmawiać, nie bój się.
– Ja się nie boję! – wyniosły ton olbrzyma denerwował Bedwyra. – Ale nie podoba mi się, gdy ktoś bezczelnie używa wobec mnie magii!
– Dobrze, nie uczynię tego więcej. Pozwól natomiast, że się przedstawię: nazywam się Q’anwynst i, jak widzisz, przewodzę moim braciom.
Kolos zrobił pauzę, po czym spytał:
– Czy mógłbym prosić cię teraz o to samo? Bowiem nie sądzę, abyście pochodzili z tych stron.
– Nazywam się Bedwyr, jestem wodzem klanu Norstygów. – Dumny wojownik odzyskał pewność siebie. – Przybyłem wraz z innymi z dalekiej północy, aby tutaj znaleźć miejsce dla mojego klanu.
Twarz tytana sposępniała.
– I myślisz, że odnajdziesz je tutaj?
– Ziema, którą opuściłem, nie należała do mnie – odparł szorstko Bedwyr. Rozsierdzał go ton wielkoluda.
– Ta też nie należy do ciebie.
– Ziemia należy wyłącznie do tego, kto potrafi ją zdobyć! – krzyknął, a jego oczy błysnęły złowrogo. – Tylko słabi myślą inaczej.
Q’anwynst uniósł się z głazu i stanął nad Bedwyrem. Wojownik musiał się cofnąć, żeby być w stanie patrzeć na swego rozmówcę.
– Jakim więc to czyni ciebie? ...mylisz się młody wodzu. – Ton głosu tytana stał się bezwzględny. – Słabe jawi ci się silnym, a przecież nie dostrzegasz niczego poza samym sobą. Nie masz pojęcia dokąd zmierzasz.
Złość i wzgarda coraz bardziej wykrzywiały twarz Bedwyra, Q’anwynst mówił dalej:
– Przy tobie wszystko musi zwyrodnieć, bo inaczej zgnije. Nawet to co jest dobre. Właśnie dlatego musicie stąd odejść.
Nastąpiła chwila ciszy, podczas której dwaj wodzowie patrzyli na siebie. Zaciśnięte piśćci Bedwyra drżały od napięcia.
– Jakim prawem możesz mówić mi, co mam robić? – warknął Bedwyr. Walczył, próbując opanować miotający nim gniew. – Dlaczego uważasz, że możesz mnie pouczać? Myślisz, że się ciebie boję i dzięki temu możesz mi rozkazywać?! – Zrobił krok do przodu. – Przygotuj się! Nie zamierzam zmarnować szansy, o którą tak ciężko walczyłem! Poprowadzę mój klan, Norstygowie staną się potężni! To jedyne na czym mi zależy! I żaden zadufany wielkolud mi w tym nie przeszkodzi! – Jego głos ochrypł ze złości. – Ostrzegam, ponieważ czeka cię ciężka walka! Wkrótce stanie się jasne, kto ma prawo a kto nie, mówić innym co mają robić!
– Nie zamierzam z tobą walczyć, młody wodzu – odrzekł gigant, tym samym, niewzruszonym tonem. Bedwyr parsknął z pogardą.
– Tylko słabeusz wzbrania się przed walką!
Z tymi słowy Bedwyr odwrócił się plecami do tytana i skinął na towarzyszy. Bez słowa poszli razem po swoje konie. Gigant przyglądał się w milczeniu, jak dosiadają wierzchowców i wyruszają z powrotem w stronę nabrzeża.                         
***

Kiedy wrócili było już dawno po zmroku. Na wieść o olbrzymach w obozie zapanowało poruszenie. Wódz ogłosił, że nazajutrz czeka ich pierwszy bój, który dowiedzie kto naprawdę zasługuje na miano Norstyga. Wszyscy przygotowywali się do walki. Podniecenie mieszało się z niepokojem. Wszyscy bali się olbrzymów, lecz honor nie pozwalał pozostać bezczynnym, jeśli wódz wyruszał na bój. Nie, stchórzyć byłoby hańbą, wobec której nawet śmierć wydawała się lepsza.
Pośród zamieszania, Arbnor z trudem zdołał schwytać wodza.
– Czy to rzeczywiście najlepsza decyzja, wodzu? – Wojownik zdawał się zatroskany.
Bedwyr nie rozumiał o co mu chodzi.
– Przecież słyszałeś, co powiedział ten bezczelny olbrzym. Nie pozwolę, aby ktokolwiek nas lekceważył! To jest mój obowiązek jako wodza. Pokażemy tym wielkoludom do kogo należy ta kraina!
Bedwyr położył dłoń na ramieniu swojego przyjaciela.
– Arbnorze, przecież to będzie nasze pierwsze zwycięstwo!

***

Wojownicy wyruszyli, kiedy tylko wschodzące słońce pozwoliło na marsz. Szybko dotarli w pobliże miejsca, do którego pastuch zaprowadził Bedwyra poprzedniego dnia. Olbrzymi zdążyli przez noc zwinąć swój obóz. Większości z nich już nie było, ostatni wciąż jeszcze zbierali swój dobytek. Q’anwynst i dwójka uzbrojonych w drewniane młoty olbrzymów stali na straży.
Bedwyr wydał rozkaz do ataku. Norstygowie ruszyli, wrzeszcząc w bitewnym upojeniu. Wódz jechał na czele z obnażonym mieczem. Byli nie więcej niż staję od obozowych palenisk, kiedy wyszedł im na przeciw Q’anwynst wraz z dwoma gigantami.
Gdy uniósł ramiona w nieznanym geście, tuż przed Norstygami buchnęły potężne płomienie, a wypalający skórę żar, niczym ściana, oddzielił wojowników od obozowiska olbrzymów. Koń wodza stanął dęba, a ten ledwo utrzymał się w siodle. Część wojowników nie zdążyła się zatrzymać i wpadła w płomienie, znikając po drugiej stronie. Słychać było ich przerażające wrzaski.
Zanim Bedwyr uspokoił wierzchowca, Tytan ponownie wzniósł ręce nad głowę, a ziemia zadrżała pod norstydzkimi nogami. Głębokie pęknięcia pokryły jej powierzchnię, rzucając wojowników na kolana, wtrącając ich w rowy i koryta. Młody wódz uderzył ciężko o grunt. Kiedy zdołał się unieść, przez opadające już płomienie zobaczył tylko, jak sylwetka Q’anwynsta znika za skrajem wzgórza.

***

Pokonani, Norstygowie powrócili na nabrzeże. Wielu było przerażonych magiczną mocą herszta gigantów. Podczas gdy rannych zaopatrywał uzdrowiciel, pozostali zebrali się przed namiotem wodza w oczekiwaniu na koniec narady między przywódcą i piątką doradców. Obok wejścia do namiotu leżały ciała wojowników, którzy spłonęli w magicznym ogniu. Z jego wnętrza docierały tylko niewyraźne krzyki i trzaski. Wreszcie, na zewnątrz wypadł rozwścieczony Bedwyr, a za nim, spokojniej, pozostali wojownicy.
– Natychmiast wydajcie rozkaz do wymarszu i nie chcę słyszeć ani słowa więcej! – Wódz miał zdarty głos. Z jego nabiegłych krwią oczu biła furia.
Jeden z wojowników wyszedł na przód.
– Wodzu, walka z tymi olbrzymami nie będzie ani łatwa, ani potrzebna!
– Nie obchodzi mnie to! Tchórze! Nie jesteście warci bycia Norstygami, jeśli przestraszyliście się magii! Gdzie wasza duma? Gdzie wasz honor?! Wydać rozkaz do wymarszu! Teraz mamy jeszcze szansę, aby dorwać te wybryki natury.
Na przód wyszedł kolejny z piątki.
– Jeśli dalej będziemy to ciągnąć, to nie zyskamy nic, a kolejni zginą na darmo. Ja się tego nie podejmę. – Cisnął przed siebie swoim mieczem. Broń uderzyła z brzękiem o ziemię.
– Niewdzięczne psy! – Bedwyr miotał się rozjuszony. – Śmiecie sprzeciwiać mi się po tym, co dla was zrobiłem?!
Arbnor wyszedł przed pozostałych i stanął przed oszalałym wodzem. Gdy Bedwyr go zobaczył, wytknął krępego wojownika drżącym palcem.
– Ty zdrajco! Zamarzyło ci się bycie wodzem, co?! Ty żmijo!
Arbnor uniósł swą szeroką dłoń.
– Opamiętaj się Bedwyrze! Przez ciebie zginęli twoi bracia! Twoja urażona duma to za mało, aby przelać cudzą krew. Czas pomyśleć o innych. Jesteś wodzem, jak możesz tego nie rozumieć?
– To dzięki mnie tutaj jesteście! To ja was poprowadziłem, niewdzięczne kundle!
– Być może przyszedł właśnie czas, abyś nas opuścił... – powiedział Arbnor.
Ciałem Bedwyra wstrząsnął gwałtowny spazm. Nie mógł uwierzyć w to co usłyszał, miał wrażenie, że śni. Patrzył błędnym wzrokiem na najbliższego mu Arbnora. Nagle rzucił się w jego stronę, dobywając z pochwy długi nóż do skórowania.
– Beze mnie jesteście niczym! Zdechniecie tutaj haniebną śmiercią, taką, na jaką zasługujecie!
Zanim Arbnor zdążył zareagować, Bedwyr wbił mu ostrze we wcięcie tuż powyżej mostka. Przez moment wyglądali, jakby obejmowali się za karki niczym przyjaciele. Zaraz po tym, przerażony Arbnor zrobił krok w tył, po czym runął na ziemię, przytrzymując tryskającą krwią szyję. Miotał się, krztusząc własną krwią i flegmą. Pozostali wojownicy przypadli do niego, jeden z nich stanął między nim a Bedwyrem, z bronią gotową do walki. Jednak Bedwyr ledwo trzymał się na nogach, błądził tępym wzrokiem od twarzy do twarzy kręcąc się w miejscu. Wreszcie porzucił walczącego ze śmiercią Arbnora i bez słowa pobiegł w stronę swojego konia. Chwilę później widziano go przy głównym wejściu, jak opuszczał obóz w obłąkańczym galopie, wciąż trzymając w dłoni uwalone krwią ostrze.

Poprawiony: wtorek, 03 marca 2015 12:26