Start Rewiańczycy Historia
Rewiańczycy - przybycie PDF Drukuj Email
Wpisany przez Elg`cahlxukuth   
wtorek, 03 marca 2015 12:16


Zapiski pozostawione przez tych, którzy niegdyś przybyli z dawnego Nelderim okazały się mówić prawdę. To dzięki nim wysmukła karaka szybko dotarła do nowego lądu. Pewni obranego kursu żeglarze ujrzeli jednak brzegi, które w żaden sposób nie odpowiadały opisom pozostawionym przez ich dziadów. Mijali nieznane wyspy o różnych kształtach i zdumiewających formacjach. Kiedy dotarli do środka archipelagu, wpłynęli w cieśninę między dwoma skalnymi wysepkami. Woda z hukiem rozbijała się o spękane granitowe ściany, dając do zrozumienia, jak niebezpiecznie byłoby spotkać się z kamiennym murem. Przepłynęli kanał jak tylko mogli najszybciej a na jego końcu ujrzeli wyspę. Gęste lasy porastały niemal każdy jej zakątek, gdzieniegdzie spośród drzew wyłaniała się dzika polana lub niezłomny skalisty ostaniec. To miejsce przypominało im ich opuszczony dom. Nie wahając się dłużej, skierowali statek ku małej zatoce na brzegu leśnej wyspy.

***

Kiara zmagała się z rzemieniem u swoich długich butów, podczas gdy ludzie wokół niej zajmowali się rozładunkiem szalup z wszelkiej maści sprzętów i pakunków. Denerwowała ją ta wiecznie luzująca się cholewa, przecież w ten sposób nie da się chodzić! W końcu dała za wygraną i wyprostowała się, aby raz jeszcze ocenić okolicę. Wąskie pasmo kamienistej plaży szybko przechodziło w polanę. Gęsta trawa pokrywała łagodną dolinę, zawartą między skalistym wzgórzem, a gęstym lasem od północy i południa.
Usłyszała za sobą zbliżające się ciężkie kroki oraz miecz obijający o biodro.
– No i co o tym myślisz? – zagadnął Renny.
Odwróciła się. Postawny brunet górował nad smukłą, choć barczystą Kiarą. Nie przepadała za nim – bywał zarozumiały, a przez to męczący.
Wzruszyła ramionami i odwróciła wzrok z powrotem na odległe wzgórze.
– Myślę, że to dobre miejsce. – Skinęła w stronę granicy lasu na południu. – Ten las wygląda obiecująco.
Renny spojrzał na gęstwinę.
– To prawda – odparł i zwrócił się w stronę nabrzeża. Pozostali zdołali już wyładować pokaźną ilość bagażu. – Przede wszystkim, trzeba się zająć rozbiciem obozu. Mam nadzieję, że szybko sobie poradzimy. Chodź, pomożemy reszcie przenosić to wszystko.
– Ja pójdę z Larkinem i Scanlonem sprawdzić okoliczne lasy.
– Nie chcecie pomóc innym przy zakładaniu obozu? – Renny zmarszczył brwi.
– Chyba warto wiedzieć, co się dzieje wśród okolicznych drzew, prawda? – Ton Kiary okazał się nieco bardziej zdawkowy niż zamierzała. Trochę ją to zmieszało.
– Widzimy się wieczorem – rzuciła na odchodnym.

***

Wkrótce po tym jak trójka łowców wyruszyła na rekonesans, zabrano się za stawianie pierwszych namiotów. Można było wyczuć atmosferę podniecenia, ale także pewnego napięcia. Wiele trzeba było uzgadniać i planować, co nawet przy dobrej woli wymagało szczególnego wysiłku i dyscypliny.
Mocarna postura Renny’ego wyróżniała się oośród chaosu głów, pakunków i rąk wykonujących rozliczne prace. Rozmawiał z niższym i znacznie od niego wątlejszym blondynem.
– Niezły rozgardiasz – Riddock przeczesał dłonią włosy. Zaśmiał się sam do siebie. – Chyba jeszcze do mnie nie dociera, gdzie jesteśmy.
– Tak... – Renny zdawał się rozkojarzony. Dopiero po chwili dotarło do niego, co Riddock powiedział. Spojrzał na maga zaintrygowany. – Właśnie, czemu właściwie z nami popłynąłeś? Przecież było jasne, że Starszyzna nie tknie żadnego z magów. Nie wolałeś zostać przy swoim mistrzu?
Riddock skrzywił się i wypuścił z siebie powietrze.
– Nie podobało mi się to, co zrobiła Starszyzna. Zgubiliśmy szlak wytyczony przez Przodków, a oni woleli znaleźć sobie kozła ofiarnego, niż zmierzyć się z problemem – głos młodego maga był pełen goryczy. – Przecież Kodeks mówi jasno: „Wszyscy ludzie są wobec siebie braćmi i siostrami”, więc jakim prawem Starsi mogli skazać kogokolwiek na wygnanie!? Władza ich zepsuła. To już nie była moja rodzina, nie chciałem być dłużej jej częścią. Zresztą, nie jestem jedynym magiem, który tak postanowił.
Potężny wojownik słuchał, lecz wzrok zwrócił ku otaczającym ich ludziom, zajętym stawianiem i oporządzaniem namiotów.
– Masz rację. Ci starzy głupcy popełnili błąd. Nie zrozumieli, o czym mówi Kodeks, ale może to i lepiej? – Przerwała mu narastająca nieopodal wrzawa. Wokół trzech przekrzykujących się nawzajem ludzi zebrała się już pokaźna grupa przypadkowych oskarżycieli, wyrozumiałych obrońców i sędziów niezależnych.
– Przodkowie, zlitujcie się... – warknął pod nosem Renny i ruszył w stronę zbiorowiska.
Riddock odprowadził go spokojnym spojrzeniem i kwaśnym uśmiechem na twarzy. Wielka postać Rennego z łatwością przepchnęła się przez tłum i stanęła pomiędzy trójką głównych bohaterów zamieszania.
– Co tu się dzieje? – zapytał donośnym, władczym tonem, mierząc wzrokiem każdego z osobna. Z jednej strony miał nieznajomego, przysadzistego człowieka o czerwonej od złości twarzy, z drugiej młodą parę, którą kojarzył z żeglugi na statku. Wszyscy troje spoglądali na niego z niechęcią. Pierwszy zaczął ten z przekrwionymi policzkami.
– Tych dwoje bezczelnie zajęło moje miejsce! – wyrzucił, wskazując winowajców potężną dłonią.
– To śmieszne! Nawet cię tu nie było, gdy zaczęliśmy rozstawiać nasz namiot! – odparował młody, występując do przodu.
– Przecież musiałem pójść po swoje rzeczy, to oczywiste! – Szkarłat twarzy zaczął spływać na grubą, krótką szyję. W Rennym się zagotowało.
– Uspokójcie się! Czy nie jest wam wstyd, wykłócać się o coś takiego?! – Spojrzał na młodą parę, która rzeczywiście zdążyła już postawić cześć namiotu, po czym odwrócił się do człowieka po drugiej stronie. – Czy istnieje jakiś szczególny powód, dla którego tak zależy ci na tym miejscu?
Tęgi mężczyzna zmieszał się, usiłując naprędce znaleźć dobrą odpowiedź, na co Renny nie zamierzał czekać. Odwrócił się z powrotem do dwójki od namiotu.
– Wy jesteście Liam i Bairre, prawda? – potwierdzili skinieniem głowy. – Skoro zaczęliście już rozbijać się bez pytania, to tu zostańcie, ale następnym razem spytajcie. – Spojrzał jeszcze raz na mężczyznę. – To chyba nie jest aż tak wielki problem, prawda?
Człowiek popatrzył na niego przekrwionymi oczami spode łba i nic nie powiedział. Wielki wojownik odwrócił się teraz od całej trójki, by mówić do wszystkich zebranych.
– Porzuciliśmy nasz dom, naszych braci, zaślepionych głupotą i zawiścią, aby teraz powtarzać ich własne błędy? – Rozejrzał się po ludziach dookoła. – Mamy szansę stworzyć wspólny dom na nowo. Nie potrzebujemy do tego żadnej Rady, złożonej z zamroczonych starców, a wyłącznie Prawa naszych Przodków oraz wspólnej wzajemnej troski! Do tego jednak musimy być razem. – Zmierzył krytycznym spojrzeniem trójkę krzykaczy – A nie przeciw sobie.
Twarze w tłumie wyrażały zmieszanie. Niektórzy podchwycili nastrój Renny’ego, inni wyglądali na sceptycznych lub zakłopotanych doniosłą przemową. On sam był przekonany, że większość przyznaje mu rację. W oddali napotkał wzrok Riddocka. Mag patrzył na całe widowisko tym samym, spokojnym, trochę cynicznym, a trochę zażenowanym spojrzeniem.

***

Kiara oraz dwójka myśliwych wrócili po zmroku i zastali w pełni rozbite obozowisko, z kilkoma przyjemnie migoczącymi paleniskami. Kiarze nie chciało się myśleć o rozstawianiu namiotu i porządkowaniu swoich rzeczy. Miała ochotę się napić a wolała to robić w towarzystwie. Poszła bezpośrednio w stronę głównego namiotu i dosiadła się do przypadkowych ludzi. Niewielka grupa sączyła wino przy naprędce skleconych, a mimo to porządnych ławach. Towarzystwo dobrze się dogadało, toteż butelki aromatycznego trunku szybko traciły swoją zawartość. Pierwsze trzy już dawno poszły w zapomnienie, kiedy przy ławie pojawił się Renny. Skinął wszystkim, po czym usiadł naprzeciw Kiary.
– Jak twoja przechadzka po lesie? – zapytał nalewając sobie wina.
– A bardzo przyjemna, dziękuję. – Łowczyni odchyliła się nieco do tyłu. – Chociaż muszę przyznać, że dawno nie spotkałam się z tak niespokojną naturą. Chociaż może to nasze przybycie narobiło zamieszania.
Wojownik spojrzał dziewczynie w oczy.
– Szkoda, że nie uczestniczyłaś w rozbijaniu obozu. Myślę, że wszystkim zależy, abyśmy trzymali się razem, zwłaszcza teraz.
Kiara zaśmiała się pod nosem.
– Widzę, że rzeczywiście szykuje się nam nowa Starszyzna… – Wymieniła znaczące spojrzenia z pozostałymi.
– Co przez to rozumiesz? – Renny wymierzył w nią lodowate spojrzenie. Milczeli przez moment, czując na sobie wzrok pozostałych.
– Mniejsza z tym... Może to dobrze, że komuś zależy – Kiara podniosła się od stołu. – Idę, jutro chcemy dotrzeć dalej na południe, może uda nam się obejść tę wielką górę w centrum wyspy.
– Możesz być jutro potrzebna, chcemy znaleźć dobre miejsce na tartak...
– Wierzę, że sobie poradzicie. – Dopiła duszkiem połowę swojego kubka, grzmotnęła nim o blat i opuściła towarzystwo.

***

Nazajutrz o świcie trójka myśliwych wkraczała do południowego lasu. Kiara obejrzała się jeszcze za siebie, lecz świeża mgła wisząca nad polaną przesłoniła obóz. Las przenikało rześkie, przyjemnie wilgotne powietrze. Pokonywali gęstwinę, kierując się na południowy–wschód, obserwowani przez żyjące między drzewami stworzenia. Po drodze minęli wąski pas traw, wciśnięty między stromy brzeg a skalną ścianę głównego masywu wyspy. Zapuścili się dalej, w kolejną knieję, jeszcze większą niż poprzednia.
A gdy dotarli na jej skraj, zamarli. Przed nimi, na polanie u podnóża góry, nieznane im postacie krzątały się wokół obozowiska. Z tej odległości nie dało się wiele dostrzec. Zaintrygowani, zakradli się nieco bliżej, wykorzystując skalne odłamki i porastające polanę krzewy jako osłonę.
Udało im się zbliżyć na skraj obozowiska i ukryć za jedną ze skał. Przy niewielkim palenisku siedziało trzech mężczyzn i kobieta. Wszyscy byli w pełnym rynsztunku, tylko jeden miał na sobie wykwintną, szatę, spiętą skórzanym pasem. Wzrok myśliwych przykuły mistrzowsko sporządzone kirysy, grawerowane karawasze oraz zdobione tajemniczymi symbolami naramienniki.
Kiara przyjrzała się ich twarzom – czy to byłi ci elfowie, o których mówiłi ludzie z Nelderim? Sądząc po tym, jak odnosili się do siebie, musieli być przynajmniej przyjaciółmi, jeśli nie rodziną.
Nagłe drgnięcie głowy jednego z dwójki elfickich wojowników przerwało jej rozmyślania. Wyglądał jakby coś usłyszał albo poczuł. Kiara odruchowo przylgnęła do osłaniającej ich skały. Przez kamienną szczelinę patrzyła, jak elf, bez słowa, zaczął zbliżać się do nich powolnym krokiem. Pozostali elfowie obserwowali go w milczeniu ze swoich miejsc. Łowcy zesztywnieli, nie wiedzieli co zrobić. Elf przystanął kilka metrów od nich z wzrokiem utkwionym prosto w Kiarę, mimo dzielącego ich głazu. Sytuacja stawała się nieznośna. Kiara rozpaczliwie starała się przypomnieć sobie cokolwiek ze Wspólnej Mowy, której uczyła ją pochodząca z Nelderim babka.
Wtem Larkin zerwał się i wyskoczył zza głazu:
– Witajcie ! – wypalił, kalecząc ledwo znany mu język.
Oczy stojącego przed nimi elfa wyrażały zdumienie. Ręce pozostałych odruchowo powędrowały w kierunku broni. Kiara i Scanlon podnieśli się powoli Wojownik przyglądał się im w milczeniu. Jego osoba przytłaczała, sprawiał, że czuli się żałoęnie bezbronni. Młoda łowczyni nawet nie była w stanie spojrzeć mu w oczy. Skinął na nich, aby podeszli, a on ledwo zmusiła nogi do ruchu. Larkin i Scanlon trzymali się tuż przy niej. Z bliska zobaczyli na twarzy elfa delikatny uśmiech, chociaż napięcie było wręcz namacalne. Zaprosił ich spokojnym gestem, aby dołączyli do nich przy palenisku. Pozostali elfowie zdjęli ręce z rękojeści. Odziany w dostojne szaty elf wyszedł im naprzeciw. Zmarszczki na jego twarzy przydawały mu surowej powagi.
– Witajcie nieznajomi – powitał ich we Wspólnej Mowie, łagodny, a zarazem stanowczym głosem. Jego oczy miały w sobie coś magnetycznego. Wyciągnął ku Kiarze dłoń w geście powitania.
– Witaj... – wymamrotała, nieporadnie podając mu swoją. Poczuła ulgę, kiedy spletli palce. Tak jakby dusząca obecność stojącego obok elfa, tego wojownika który ich zauważył, stała się lżejsza.
– Usiądźcie. Czy chcecie pić? – dostojnik mówił powoli, by mogli go zrozumieć.
– Tak, tak, dziękujemy. – Kiara starała się uspokoić.
Usiedli przy palenisku. Czuli się niezręcznie, nie wiedząc co się dzieje. Elfka po prawej, o długich blond włosach i ostrym spojrzeniu, zaczęła przygotowywać napar z jakiś ziół. Wszystko odbywało się prawie bez słów, w ciszy, która krępowała rewiańskich łowców, natomiast dla elfów była najwyraźniej zupełnie naturalna. Wojowniczka podała kubek z naparem siedzącemu obok elfowi w szacie. Wypowiedziała przy tym kilka miękkich słów w ich języku. Kiara odniosła wrażenie, że mówi je z przyzwyczajenia, wyłącznie dla zasady. Elf wziął od niej naczynie i podał je Kiarze.
– Proszę, jestem Alverior, jestem magiem. – W jego ustach Mowa brzmiała dziwnie. Elf wskazał kolejno swoich towarzyszy, zaczynając od budzącego lęk wojownika, który siedział najbliżej – To jest Caun, to Hiri nasza mistrzyni miecza oraz Melhor, łowca.
Oprócz Cauna, pozostała dwójka wydawała się w ogóle nie zważać na nieznajomych.
– A wy? Kim jesteście? – Oczy maga nagle stały się przenikliwe i zimne. Znalezienie słów było dla Kiary męką. Naturalna pewność i surowy spokój maga onieśmielały ją.
– Jesteśmy... łowcami. Rewiańczykami. Wczoraj przypłynęliśmy na Nelderim. – Miała wrażenie, że beznadziejnie duka. Mag i siedzący obok Caun wyglądali na poruszonych jej słowami.
– Skąd znacie Wspólną Mowę? – głos Cauna zdawał się przenikać do najgłębszych zakamarków umysłu. Czuła, że kogoś takiego nie da się okłamać.
– Moja babka była stąd... – spuściła wzrok.
Dwóch elfów zwróciło się do siebie w swoim języku i Kiara mogła na chwilę odetchnąć. Przysłuchiwała się oszczędnym, wręcz symbolicznym wypowiedziom. Chociaż nie rozumiała ich znaczenia, pojmowała, że rozmawiają o nich. Tak jakby udzieliła jej się ich wzajemna duchowa więź, porozumienie, przy którym słowa stają się mało znaczącą formą.
Caun spytał, co zamierzają z nimi zrobić. Alverior nic nie chciał robić, jedynie powiadomić innych.
Była zdezorientowana, spojrzała na Larkina i Scanlona – wyglądali na zupełnie zagubionych. Czuła w swojej głowie pustkę. Na moment całkiem zapomniała o nich, o elfach i wszystkim innym. Nie wiedziała ile to trwało, zanim niespodziewanie uderzyła ją myśl, tak jasna i prosta, aż wprawiająca w rozbawienie.
Ona ją w jakiś sposób zmieniła, musiała, ponieważ nawet Caun przerwał w pół zdania i zwrócił się w jej stronę. Kiara spojrzała w jego oczy, zdawały się nie mieć dna. Czuła jakby ją pochłaniały, lecz wytrzymała.
Alverior zwrócił się do niej ponownie.
– Teraz powinniście już wracać. To miejsce jest złe – mag wskazał pobliski masyw – ta góra jest przeklęta, pamięta dawne czasy, wyczuwacie to? Nie przychodźcie tu więcej – jego głos stał się złowrogi.
Kiara nie do końca rozumiała, co do niej mówi, ale chciała w tym momencie jak najprędzej wrócić do obozu. Wstała i skinęła na swoich towarzyszy. Tylko na to czekali.
Spojrzała Alveriorowi w oczy.
– My idziemy – to było pożegnanie.

***

Gdy dotarli do obozu, było już ciemno. Cała trójka skierowała się od razu do namiotu głównego, gdzie również i tego wieczora wielu ludzi zebrało się, aby pić i
dyskutować. Między nimi był także Renny. Zobaczywszy nadchodzących łowców, wyszedł im naprzeciw i zatrzymał tuż przed otwartym namiotem.
– To świetnie, że wreszcie się pojawiliście! – powiedział szorstko i na tyle głośno, aby wszyscy w pobliżu mogli to usłyszeć.
– O co chodzi, Renny? – oczy Kiary zabłysły złowrogo.
– Ach, tylko o to, jak bardzo jesteście nieodpowiedzialni – mówił wciąż podniesionym głosem, ewidentnie chodziło mu o zamieszanie. Najbliżej siedzący już się odwrócili, aby ich posłuchać.
– Byliście dzisiaj nam potrzebni przy budowie tartaku – ciągnął dalej – mówiłem ci o tym! Ale was nie było, bo ty i twoi przyjaciele postanowiliście zniknąć, nie mówiąc nikomu kiedy wrócicie oraz co zamierzacie! Nie dość, że myślicie tylko o sobie, to jeszcze zmuszacie nas, abyśmy byli za was odpowiedzialni! Przecież nie wiedzieliśmy, co się z wami dzieje, czy coś wam się stało i czy potrzebujecie pomocy? Martwiliśmy się o was!
Coraz więcej ludzi zbierało się wokół nich lub przysłuchiwało się ze swoich miejsc, widać było, że wielu uważa podobnie jak Renny. On też to czuł i unosił się coraz bardziej.
– Przybyliśmy, aby być tutaj razem, na nowo! Być ze sobą tak, jak kiedyś byli Przodkowie! Wszyscy znamy Kodeks, wy też go znacie, dlaczego więc postępujecie w ten sposób?
Kiara słuchała Renny’ego i rosła w niej złość. Patrzyła z zaciśniętymi od obrzydzenia ustami na jego natchnioną twarz. Przez przypadek, dostrzegła przybite do głównej żerdzi namiotu, trzy pierwsze Prawa, wypisane na drewnianych tabliczkach. Były niedaleko nich, za jego plecami.
Wszyscy ludzie są wobec siebie braćmi i siostrami.
Wszystko ma prawo do własnego życia.
Wszystko ma prawo do własnego szczęścia.
Miała już tego dosyć.
– Kodeks to tylko słowa! – wybuchnęła. – Kilka zdań, regułek z przeszłości, którymi każdy wyciera sobie mordę! Uważasz, że dzięki nim będziemy razem szczęśliwi? Spójrz na siebie! Uczepiłeś się tych Praw, bo nie jesteś w stanie zmierzyć się z prawdą: nigdy nie będziesz wiedział, jak mamy razem żyć! – głos odmawiał jej posłuszeństwa, a ciało wpadło w dygot.
Ludzie dookoła utworzyli już zamknięty krąg, Larkin i Scanlon skurczyli się za jej plecami.
– Spotkaliśmy dzisiaj Elfów! – zawołała, a dookoła rozległy się szepty. Kiara czuła, jak łzy napływają jej do oczu.
– Czy wiecie jak naturalny i piękny jest to lud?! Gdybyście ich spotkali, to zrozumielibyście, co znaczy prawdziwa wspólnota! W jaki sposób być ze sobą! Do tego nie potrzeba żadnych idiotycznych Praw i Przodków! Do tego nawet mowa nie jest potrzebna! Wystarczy zauważyć drugiego człowieka! Wsłuchać się w niego, a wówczas słowa będą tylko pustą formą!
Jeśli kogoś obchodzą inni, to nie potrzebuje żadnych kodeksów!

Poprawiony: wtorek, 03 marca 2015 12:26