Start Historia Przybycie
Przybycie na Nelderim PDF Drukuj Email
Wpisany przez Tirith   
sobota, 18 lutego 2012 14:21

- A co z uciekinierami? - kronikarz zapisywał kolejną stronę.
- Hmm...cztery okręty w morze wyszły - kapitan wypił kolejną porcję i rękawem otarł brodę - Potęga Geriadoru, Pustynny Wiatr, Dumny Tamael i Niestrudzony Wędrowiec...takie imiona nosiły. Jednak otwarte wody wcale nie okazały się dla uciekinierów łaskawsze. Potężne, burzowe chmury jakby pędzone boskim gniewem otoczyły statki, które miotane ogromnymi falami znalazły się w centrum zawieruchy. Czarne odmęty oceanu pochłonęły wtedy wiele ludzkich istnień, a nieziemski wiater pognał okręty w różne strony. Rozbitkowie przez wiele tygodni dryfowali w nieznanym kierunku. Ponoć załoga Niestrudzonego Wędrowca jako pierwsza ujrzała nowy ląd. Szczęście mieli niezwykłe bo trafili na ziemie przyjaźnie nastawionego ludu co w zgodzie z naturą żył. Rewiańczycy, bo tak się lud ów zwał, przygarnęli nieszczęśników i schronienie im dali. Co by za pięknie jednak nie było, nie każdemu tubylcowi podobali się przybysze. Przez wiele pokoleń wrogość rosła, aż pęknąć wreszcie musiała. Rozłam wśród Rewiańczyków powstał, krew popłynęła i grupa zagorzałych buntowników na banicję została skazana. Jako że z wyspy nigdy nosa nie wychylali, o świecie poza ich krainą pojęcia zbytniego nie mieli. Gdzież więc popłynąć mogli jeśli nie na ziemię, z której kiedyś przybyli rozbitkowie...

- Czyż jednak na Nelderim wojna wówczas swego żniwa nie zbierała? - spytał kronikarz dolewając inkaustu do kałamarza.
- Słabo mnie coś słuchasz młokosie, toć żem godoł że pokoleń wiele minęło...ale prawda, ile trwała wojna bogów Rewiańczycy nie wiedzieli. Pełni obaw płynęli wiele tygodni, aż wreszcie wypatrywacz z bocianiego gniazda ryknął, że ziemię obaczył. Ich szczęściem pogrom skończył się wiele lat wcześniej, zniszczona kraina odżywać zaczęła choć wiele ścierwa wszelakiego jeszcze po ziemi pełzało. Zaszyli się przybysze w gęstwinach lasów przepastnych i w cieniu zielska osady budować poczęli.

- Mhm...a jaki los spotkał pozostałych uciekinierów? - wtrącił młodzian
- Czy ja ci przerywam szczawiu jeden?! - starzec zmarszczył czoło - Leć po antałek lepiej bo ten poprzedni mały jakiś był...

- Uciekinierzy na Dumnym Tamaelu mniej szczęścia mieli. Tygodniami błądzili po nieznanych wodach, aż ostatni z nich padł ofiarą głodu i palącego słońca. Ile czasu dryfował niesiony falami i prądami morskimi wiedzą tylko bogowie. Zbutwiały, pokryty glonami obleśnymi dobił pewnego dnia do ziemi Joramitów zamieszkanej przez lud uczonych, magów...i tobie podobnych gryzipiórków. Jako, że naród to niezwykle wścibski i ciekawski nie omieszkali wleźć do wraku. W strzępkach dziennika pokładowego znaleźli zapiski o straszliwym pogromie, który nawiedził odległy o wiele mil morskich ląd. Latami ślęczeli nad mapami, badali zapiski i snuli domysły, aż pewnego dnia sprecyzowali położenie Nelderim. Jak się domyślasz to im nie wystarczyło. Stworzyli jakoweś magiczne zaklęcie co ich do Nelderimu przenieść miało...i przeniosło. Jak jajka z kaczego kupra poczęli z magicznej bramy wypadać. Z jakiegoś powodu wrócić już nie potrafili...

- No tak! Toż to oczywiste, że przy tak niezwykle potężnym zaklęciu niezbędny jest impuls magiczny o wysoce skondensowanej intensywności do wytworzenia którego niezbędna jest...
- Zawrzyj dziób młokosie, ja historyję opowiadam!
- Bulp walnął pięścią w stół.
- Wybacz mości kapitanie, lecz to takie ekscytujące! - kronikarz, aż zapiszczał z wrażenia.

- O czym to ja... - kapitan podrapał się po brodzie - A tak, Joramici. Nie zrazili się cwane bestyje, tym że wrócić nie mogą i hajda poczęli nowy kontynent przepatrywać w poszukiwaniu skarbów, wiedzy i grzmot wie czego jeszcze. Pewno nie planowali szybko wrócić do ojczyzny bo wkrótce chaty wznieśli i tak już ostali - Bulp wychylił kubek miodu oblewając sobie brodę.

- A Norstygowie? - zapytał Frederick
- Co Norstygowie?
- No jakimż to zrządzeniem losu znaleźli się na Nelderim?
- Aha...o Stygów pytasz - Bulp wytrząchiwał resztki trunku z beczułki - Tak się właśnie zwali nim tu dotarli. Ale po kolei. Najpierw...hep, po beczułkę skocz bo tą poprzednią to chyba żeś pustą przyniósł.

- Pustynny Wiatr poważnie ucierpiał podczas nawałnicy. Ocalał tylko jeden z pasażerów, młody adept sztuk magicznych. Wiele dni dryfował po nieznanych wodach nim doczekał chwili gdy na horyzoncie pojawił się żagiel łodzi rybackiej. Był to statek jednego z barbarzyńskich plemion Stygów zamieszkujących akwen górzystych wysp. I tak oto cherlawy, słabowity magik trafił między ludzi twardych i nieokrzesanych, wśród których nie miał większych szans przeżycia. Głupi jednak nie był, a i wolę przetrwania mocną miał. Wykombinował więc, że wykorzysta swe magiczne umiejętności by zyskać uznanie wśród barbarzyńców. Wkrótce zaczął budzić lęk i respekt w ich prostych, nie znających magii sercach. W chwale i dostatku doczekał sędziwych lat, a pamięć o nim przetrwała przez wiele dekad przekazywana potomkom przez starców. Mijały pokolenia, Stygowie walczyli, polowali i pili, aż do czasu gdy władzę w klanie otrzymał Bedwyr Szalony pierworodny syn starego wodza. Pewnego dnia jego brat Gorthok zawarł z nim układ, w którym Bedwyr zobowiązał się, że wypłynie w morze w poszukiwaniu Nelderim - ziemi z legendy przodków. Gorthok cwany lis wykiwał brata i przejął władzę w klanie gdy Bedwyr Szalony wraz ze swymi wiernymi towarzyszami wypłynął na nieznane wody. Po wielu tygodniach żeglugi jego okręt roztrzaskał się o lodowe brzegi Nelderim. Bedwyr wraz z garstką ocalałych postanowili, że mroźna kraina stanie się ich domem i tamtego dnia przyjęli nazwę Norstygów, co w ich języku znaczy Śnieżne Niedźwiedzie.

 

 

 

- O ile mnie pamięć nie myli mości kapitanie to jeszcze jeden okręt umknął z Nelderim, czyż nie? - kronikarz zapobiegawczo odkorkowywał kolejną beczułkę.
- Taa...Potęga Geriadoru sprawnie radziła sobie na otwartym morzu. Wydawać by się mogło, że dla nie jednego ta ucieczka była świetną zabawą, mimo tego co ich spotkało. Czas jednak robił swoje, zaczęło brakować prowiantu, wody jak i wiary w odnalezienie chociażby kawałka ziemi. I w takim właśnie nastroju mijały tygodnie, nic się nie zmieniało tak jak nie zmieniał się kurs wielkiego okrętu. Marynarze zabijali czas śpiewając znane im pieśni i grając w karty. Wtedy właśnie jeden z nich wydał okrzyk - "Ziemia!!!". Ostatkiem sił wiwatowali, krzycząc ze szczęścia...eh, gdyby wiedzieli czyją ziemię odkryli pewno woleliby umrzeć na otwartym morzu...
- A gdzież dopłynęli? -
zapytał Frederick z lękiem w głosie.
- Do ziemi Darkelotów psia ich mać!!! -
Bulp z każdą, kolejną porcją miodu stawał się bardziej agresywny.

- Radość na statku przerwał przeraźliwy huk, z zaraz potem trzask drewna łamiącego się masztu Potęgi Geriadoru. Zbliżał się do nich czarny okręt Darkelotów, który w następnych kilku salwach posłał okręt uciekinierów na dno. Zapewne ci którzy przeżyli żałowali, że nie spoczęli na dnie wraz ze swym okrętem. Darkeloci zabrali niedobitków na pokład czarnego statku i ruszyli w stronę brzegu. Oczom ocalałych ukazało się ogromne miasto, mroczne jak z nocnych koszmarów. Do budynków byli przykuci ludzie, wychudzeni, brudni...inni od dawna nie żyli. Budynki zbudowane z czarnego kamienia sprawiały poczucie grozy i beznadziei. Kolejne lata swego życia przeżyli zakuci w łańcuchy podczas niewolniczej pracy na rzecz swych mrocznych panów. I pewno by pamięć o nich i ich przeszłości poszła w zapomnienie wraz ze śmiercią ostatniego z nich gdyby nie ciekawość jednego Darkeloty, który jako jedyny zadał pytanie ostatniemu z ocalałych: "Skąd pochodzisz?". Wtedy to Galdur - bo tak się zwał ów Darkelota - usłyszał o Nelderim. Przez wiele lat rozmyślał jak wykorzystać tak cenne informacje, wszak nikt inny nie słyszał o tej krainie. Z każdym dniem był coraz bardziej pewny że musi odnaleźć krainę o której mówił niewolnik. W jego sercu rozwijało się pragnienie zdobycia władzy. Galdur będąc dowódcą niewolniczych oddziałów kopaczy drążących podziemne kopalnie postanowił wykorzystać swą wiedzę i tą właśnie drogą dostać się na Nelderim. Zebrał swoich najwierniejszych towarzyszy, a także dość pokaźną grupę niewolników i zeszli razem do rozleglej sieci kopalnianych tuneli. Pracowali bez przerwy dniami i nocami. Martwych z wycieńczenia robotników zostawiali za sobą. Tak pracowali przez wiele miesięcy, a może i lat drążąc nowe tunele i wykorzystując już istniejące sieci naturalnych jaskiń, aż do dnia w którym dotarli do Nelderim. Jednak na nowej ziemi spotkali się z czymś więcej niż z bezrozumnymi rasami, z którymi mieli do tej pory do czynienia, i które dużo łatwiej było zdominować i opanować. Darkeloci przyczajeni w mrocznych zakątkach nowej ziemi czekali na chwilę gdy urosną w siłę i pochłoną Nelderim jak czerwie toczące trupa... 

- Cóż za niesamowita historia! -
Frederick czerwony z emocji czytał słowa, które spisał. - Ciekawi mnie tylko jedna sprawa...skąd pan to wszystko wie Mości kapitanie?

W odpowiedzi kronikarz usłyszał jedynie głębokie chrapanie Bulpa leżącego z twarzą na stole wśród sterty opróżnionych beczułek.
Kronikarz westchnął i lekkim dmuchnięciem osuszał ostatnią zapisaną stronicę. Spisując historię całkowicie stracił rachubę czasu i dopiero teraz poczuł zmęczenie. Do jego uszu dobiegły odgłosy szamotaniny i jakieś głośne przekleństwa ze stolika obok. Kilku bywalców zaczęło okładać się po mordzie.
- Czas najwyższy opuścić ten lokal...
- pomyślał Frederick
Chwycił mocno księgę i starając się omijać zamieszanie pobiegł do wyjścia.

Bulp ostrożnie otworzył jedno oko. Przez świetlik w ścianie dojrzał jak kronikarz w niezdarnym truchcie oddala się od karczmy. Uśmiechnął się pod wąsem i stękając wstał od stolika. Podpierając się laską pokuśtykał w stronę kontuaru. Wokół szalała już ostra walka. Wtem ktoś cisnął stołkiem w stronę starca. Bulp zamamrotał coś pod nosem i stołek nagle zawisł w powietrzu tuż przed twarzą kapitana. Wszystko zamarło, walczący zastygli w różnych pozach, nawet ogień w kaganku znieruchomiał, zapadła całkowita cisza. Starzec powoli zmierzał w stronę drzwi. Z każdym kolejnym krokiem jego przygarbiona postać stawała się coraz bardziej wyprostowana. Gdy wyszedł na drewniane molo szedł już zdecydowanym krokiem, cisnął do wody kij którym się podpierał i szedł dalej. Po chwili dotarł do Fredericka, który znieruchomiał w trakcie biegu, a na jego twarzy zastygł szczery uśmiech. Ostrożnie wyciągnął mu z ręki księgę i otworzył na ostatniej stronie. Chwilę przyglądał się zapisanej karcie i nagle na dole stronicy, jakby pisany niewidzialnym piórem pojawił się napis:

"To dopiero początek historii..."

Bulp wcisnął księgę z powrotem do rąk kronikarza i spokojnym krokiem oddalił się w ciemną uliczkę, a świat znowu zaczął żyć swoim tempem.

 

 

Poprawiony: sobota, 10 marca 2012 13:56